
Clement Stone powiedział kiedyś, że "cokolwiek umysł może wyobrazić, człowiek może osiągnąć". Nie po raz pierwszy mam do czynienia z improwizacyjną pracą Radka z Napalmed, ale tym razem przeszła ona moje jakiekolwiek oczekiwania. Aby przyjąć tę płytę w pełni potrzebowałem dni, tygodni czy w zasadzie miesięcy, aby utorować jej swobodną drogę w mojej głowie i aby na spokojnie przyjrzeć się i wysłuchać energii i treści jakie ze sobą niesie. Co powodowało, że materiał był dla mnie tak trudny w odbiorze? Zaproszenie do udziału dwóch japońskich artystów - Hiroyuki Fujiwara (saksofon, pianino) oraz Tetuhiro Shiokima (gitara), w opatrzeniu o hałaśłiwy i postprzemysłowy koncept Radka, który od pewnego czasu działa z w duecie z Martinem dało tak rozbudowną formę improwizacyjną, że początkowo moja głowa była za mała aby przyjąć te pięć kompozycji, które trwają prawie 80 minut. Założeniem kreacji utworów było pozostawienie muzykowi swobody grania, wydzielania z siebie energii, bez żadnych sztuczek, bez żadnej obróki ścieżek przy produkcji. Brak cyfrowego wygładzania nadaje płycie niesamowitą czystość nie tylko dźwięku, ale rownież odczuwalnych intencji.
Tak daleko idąca liberalizacja wytworzyła krążek, który rozszerza termin improwizacja czy eksperyment, a dodatkowo wymyka się spośród innych terminów sztuki. Na myśl przychodzi mi suprematyzm, całkowite oderwanie sztuki od rzeczywistości, ale z drugiej strony Napalmed nie dąży do całkowitego uproszczenia form. Są one zawiłe, bombardują nas sporą dawką strumieni dźwięku. Chociażby w drugiej (najlepsze jak dla mnie) kompozycji "D-Sax Weirdax" (trwającej ponad pół godziny!) w obu kanałach stereo grają dwa osobne saksofony, oczywiście na pełnej, niepowstrzymanej improwizacji, w tle mamy zgrzyty, powracające nawałnice piasku i przemysłowych wyładowań. Mamy tu jeszcze metaliczne, zniekształcone bardziej rytmiczne sekwencje, które w niektórych fragmentach osiagają wręcz transowy, szamański klimat. Tak jakby muzyka Napalmed obdzierała z iluzji postrzegania jak ma wyglądać "muzyka" i nadawała jej nowych znaczeń. Łączenie tak wielu dźwiękowych momentów, taki wydaje się nielogiczny eklektyzm to bardziej już muzyczny synkretyzm. Radkowi udało się połączyć sprzeczne ze sobą zasady muzyczne, często rozbieżne w swoich definicjach. Z drugiej strony saksofon, kojarzący się głównie z udziałem w muzyce jazzowej, to szereg klasycznych improwizacji, które właśnie tym razem spotykają się ze sobą - z jednej strony ciepłe i bogate brzmienie saksofonu altowego i ponure, szare tony hałaśliwych, nieskoordynowanych tekstur. Gdyby rozwinąć myśl Locka, że słowa są zewnętrznym wyrazem istniejących w umyśle idei, pochodzących z rzeczy zewnętrznych, to zamieniając słowa, na dźwięk mamy do czynienia z nieograniczoną liczbą tonów i muzycznych połączeń. Takie muzyczne abstrahowanie zaprowadziło Napalmed w bardzo osobliwe miejsce. Wyprodukowanie tego dźwiękowego abstraktu nie posiada żadnej klaustrofobicznej estetyki. "ComputerIano" to cyfrowe, banalnie grane pianino, aczkolwiek w opatrzeniu z radiowymi brzmieniami, szelestem, szumem ukazuje nową jakość i tworzy przekaz z jakim jeszcze nie miałem do czynienia.
Numer cztery na płycie to "FractaScape", gdzie drugi japoński artysta daje upust dźwiękom tworzonym przez jego "gitarę fraktali". Podobnie jak poprzednia maksymalnie improwizacyjna kompozycja z saksofonem, tak i w tym przypadku mamy do czynienia z długą, rozbudowywaującą się transmijsą, która posiada kilka fraz kulminacji, kilka wyciszonych sytuacji. Tak sinusoidalnie płynące napięcie zawiera więcej pracy Radka i Martina. Pomimo, że coraz gęściej brzmi wiosło Shiojima, to czeski duet w bardziej ekspansywny sposób wprowadza swoje ostre, hałaśliwe partie, niekiedy przykrywając ścieżkę japończyka. Z punktu widzenia hałasu jest to najbardziej "rozkręcony" utwór, rozbudowana dynamika, bardziej wrzeszczące brzmienia, ciągła modulacja i wreszcie skakanie po wszelakich częstotliwościach zlepia się tym razem (a jednak!) w integralną część. Takie dodatkowe uczucie na marginesie - całość brzmi bardzo "japońsko". Na bazie improwizacji, wolnego puszczenia dźwiękowej mysli w ruch, to kolejny dowód, że płyta ta zniosła potencjalne granice w tworzeniu. Utwór kończy się sprzężeniem gitary i drapiącymi, szeleszczącymi samplami. Wkradające się do tego przypadkowe dźwiękowe odłamki, kreują niesamowitą transmisję specyficznego noise. Pamiętajmy, że wspomniana "końcówka" trwa około 9 minut...
Krążek zamknięty jest bardziej "relaksacyjnym" przekazem, jak go firmuje Labus - właściciel Guerilla Records, która wydała ten krążek. Ponownie mamy do czynienia z cyfrowym pianino oraz repetycyjnymi radiowymi, na wysokich częstotliwościach próbkami. Jak w całym przekazie nie brakuje improwizacji z obu stron, hałaśliwych plam, niespodziewanych struktur i zmian. "Noisax Jazzostrial Fractamental" właśnie podzielił początkowo moją głowę na fragmenty. Dodając pomiędzy odłączone części nowe wrażenia muzyczne, wykreował nową, bardziej pojemną całość. Wspomniany suprematyzm dążył do zerwania z narracją w sztuce i tak ta płyta sprawiła mi duże problemy aby ją ogarnąć słowem. Wydaje się, że każdą słyszalną transmisję, można swobodnie wyrazić, ale tym razem empiryzm, zderzenie się z tyimi treściami jest więcej niż rekomendowane.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|


