
Jak sama nazwa wskazuje to trzecia już EP'ka zaproponowana przez dwu-osobowa ekipę ze Szkocji. Mając pierwzy kontakt poprzez fragment video z kocnertu, trudno mi było przetłumaczyć sobie, że The Radiation Line można scharakteryzować jako psychodelic, minimal no i oczywiście experimental. Drażliwe brzmienie gitar, chaotyczne tłuczenie się perkusji przypominało mi raczej niezdecydowanych metalowców niż intrygujących artystów. Otwierający "Kommissar" jest dlatego moim pierwszym zaskoczeniem związanym z tym materiałem. Lekko przesterowane wiosła, przyjemnie się sprzegające wydobywają siebie w końcu akustyczne, smutne przewodzenie opatrzone szeptanym wokalem. Nostalgiczna, neofolkowa kompozycja przeistacza się w końcu coś na co czekałem. "The Mask Is Made Flesh" to już transmisja bardziej eksperymentalna. Brzmienie gitar jest bardziej spogłosowane, popada w pętle, powtórzenia, które z czasem (po około 5 minutach), otrzymują dobrą dawkę przyduszonego nieco przesteru, generując brud, zmielony dźwięk, z którego jeszcze gdzieś wydostają się co chwile pierwsze, mało zniekształcone ścieżki. Bez użycia jakiegokolwiek betatu czy frazy rytmicznej, ciężko również przewidzieć tę kompozycję i owe 14 minut brzmi jak dobra improwizacja transmitowany dźwiękiem. Zabawa efektami nie jest wykonana z rozmachem, ale dzięki temu The Radiation Line utrzymują nas w ciągłym, specyficznym planie, przy którym faktycznie można przypiąć etykietkę - psychodeliczny, a niektórzy pewnie doszukają się połączeć z Sunno))).
Kiedy dotarły do mnie dźwięki "Tourist (Part 2)", musiałem upewnić się, że nie jest to jakaś kompilacja i dalej slucham szkockiego projektu. Technoidalna, prymitywna rytmika, zapętlone podkładowe frazy i bawienie się częstotliwościami melodycznych pętli. Nie można odmówić, że kawałek jest kręcący, ale totalnie rozbija klimat jaki mozolnie tworzony był przez ostatnie 20 minut na przestrzeni dwóch kompozycji. W tym kawałku również pojawia się wokal, ale pełni on rolę tylko narratora dobrze wpasowaując się nieco darkwave'owy klimat. "Mouldsmoker" to ponownie ucieczka do eksperymentu polegającego na wyciskaniu z efektów możliwe przerąbanych, zgryźliwych dźwięków. Sprzęgnięty dźwięk, zaatakowany dużą dawką overdrive i distortion oraz ciśniety kompresorem i innymi efekami (głównie polegającymi na pogłosie) daje efekt podrapanej, rdzewiejącej tuby przez który z trudem i bólem przedostaje się dźwięk. Numer pięc to kolejne zaskoczenie jeśli chodzi o The Radiation Line. "Carnival Swine" jest znów lżejszym kawałkiem, gdzie również źródło dźwięku stanowią gitary i bas. Nie mniej zasadę niszczenia brzmienia i utrudniania wydostania się na słyszalne częstotliwości zastąpiło brzmienie bardziej pełne,w którym również echo pełni swoją znaczącą rolę. Krótki, bo zaledwie niespełna dwuminutowy kawałek to nieco bardziej dynamiczny, intensywny ambient. Mimo to artyści dali za dużo muzycznych treści w tak krótkim czasie, co w uzupełnieniu nieco trzeszczącym dźwiękiem nie daje niestety najlepszego efektu. EP'kę zaczyna "Bella Victoria", która jako akustyczna klamra tonuje nieco nadszarpnięte ucho. Pojawia się tutaj znów beat (ale już nie wzięty z techno) oraz bardziej śpiewny wokal. Sam nie wiem co mam sądzić o The Radiation Line. Mam wrażenie, że wziąż szukają najlepiej wibrującego dla nich sposoby wypowiadania się dźwiękiem. Z jednej strony dobrze wymiatający drone oparty na wiosłach, a z drugiej nieco niedociągnięty psychodeliczny folk plus elektroniczna, intensywna wstawka - jak na przestrzeni sześciu kompozycji to zażera głowę? A różnie, sprawdźcie sami - myślę, że są skuteczniejsi na koncertach.
The Radiation Line
Wise Blood Industries
| < Poprzednia | Następna > |
|---|


